Majdan Zbydniowski - logo
Strona głównaO MajdanieWojsko MajdańskieGenealogia ChciukówCiekawe strony
 Noc Kupały wg Stanisława Zabierowskiego

Młoda para i goście weselni Horodyńskich przed dworem w Zbydniowie.

Młoda para i goście weselni Horodyńskich przed dworem w Zbydniowie.
Kilkanaście godzin później prawie wszyscy zostali zamordowani przez oddział SS.


O tragicznych wydarzeniach w Zbydniowie czytamy w książce Stanisława Zabierowskiego "Rzeszowskie pod okupacją hitlerowską" wydanej w 1975 roku w wydawnictwie Książka i Wiedza.

Krwawa noc kupały
Północną część powiatu tarnobrzeskiego, płaskimi polami między Wisłą a Sanem przebiega od Sandomierza do Rozwadowa i Stalowej Woli uczęszczana szosa. Leżą przy niej kolejno między innymi wsie: Gorzyce, Zaleszany, Zbydniów, Turbia, Charzewice i zaraz za nimi węzeł kolejowy Rozwadów. Ciekawy turysta, który w Zbydniowie zboczy kilkaset metrów na południe od szosy, do dawnego dworu, gdzie obecnie mieści się ośrodek zdrowia, zobaczy ukryty w krzewach zbiorowy, skromny grób ofiar jednego z najbardziej makabrycznych mordów dokonanych przez hitlerowców na ziemi rzeszowskiej. Leżą w nim szczątki 19 mieszkańców dworu, którzy zginęli w noc Świętojańską 1943 r.

Majątek 60-letniego Zbigniewa Horodyńskiego w Zbydniowie był dobrze zagospodarowany. Prócz gospodarstwa rolnego obejmował on młyn, gorzelnię, tartak i zarodową stadninę koni. Centrum majątku stanowił obszerny, piętrowy dwór w dużym parku. Obok niego stała kaplica dworska i letnia kuchnia. Na parterze dworu znajdowała się kancelaria właściciela, jadalnia, salon oraz pokoje nauczycielki Rozalii Koczalskiej i części służby, na piętrze zaś mieszkali Horodyńscy i ich domownicy.

Zbigniew i Zofia Horodyńscy mieli trzech, liczących po około 20 lat synów: Dominika, Zbigniewa i Andrzeja, oraz 14-letnią córkę Annę. Dwaj pierwsi przebywali czasowo w Warszawie, pozostałe dzieci mieszkały w Zbydniowie. Ponadto gospodarze przyjęli do dworu liczne grono krewnych i znajomych, którzy z uwagi na warunki wojenne zmuszeni byli opuścić swoje domy. Mieszkali więc wówczas we dworze: wysiedlona z Poznańskiego bratowa Horodyńskiej Krystyna Giecewicz z 12-letnim synem -Leonem, znajoma Aleksandra Wańkowicz z córką Teresą oraz Iwon Mierzejewski i Elżbieta Meysztowiczówna.

W ostatnim czasie przyjął Horodyński na mieszkanie swoją siostrę Marię Kowerską z Zamościa, która wraz z mężem została w ramach akcji wysiedlenia Zamojszczyzny aresztowana i umieszczona w obozie i którą udało mu się wykupić. Horodyński zatrudniał w majątku dość dużą liczbę pracowników, z których we dworze mieszkali praktykant Krzysztof Jeśmian i leśniczy Edward Zboroń.

Hitlerowcy, dążąc do objęcia w posiadanie wszystkich polskich majątków, odbierali je w sąsiedztwie Zbydniowa po kolei ich właścicielom, ustanawiając zarządców z ramienia Oddziału Wyżywienia i Rolnictwa starostwa w Dębicy. Takim zarządcą był reichsdeutsch Martin Fuldner. Początkowo w Piątkowej koło Mielca kierował on wywłaszczonym majątkiem, później przeniósł się do Zaleszan w sąsiedztwie Zbydniowa, odebranych właścicielowi Götzowi, w końcu, po zajęciu przez hitlerowców majątku Lubomirskich, osiadł z rodziną w ich dworze w Charzewicach koło Rozwadowa w odległości 7 km od Zbydniowa. Nie wystarczały mu dochody uzyskiwane z dotychczas administrowanych majątków i łakomym okiem spoglądał na duży majątek Horodyńskich, chcąc o niego powiększyć dobra zarządzane przez siebie. Bywał czasem u właściciela i będąc amatorem starej porcelany wypatrzył, że ma on piękny, stary serwis. Horodyński musiał zginąć, by jego majątek wraz z serwisem znalazł się w rękach Fuldnera.

Do sąsiadującej ze Zbydniowem wsi Zaleszany na kilka dni przed mordem zajechała na kwatery lotna 1 kompania pancernego pułku grenadierów SS i policji pod dowództwem SS-Hauptsturmführera Ehlersa, zajmująca się tropieniem i likwidacją polskich partyzantów. Przyjechała prawdopodobnie z terenu województwa lubelskiego, gdzie wraz z innymi oddziałami dokonywała pacyfikacji wsi. Zakwaterowała się we dworze, w szkole oraz po domach. Ten właśnie oddział stał się wykonawcą planów Fuldnera. By je łatwiej było przeprowadzić, dowództwo oddziału postanowiło zorientować się w rozkładzie pomieszczeń dworu w Zbydniowie i na kilka dni przed mordem czterej żołnierze pod pozorem wynajęcia kwatery udali się do niego. W towarzystwie Horodyńskiej obeszli wszystkie pokoje oglądając je dokładnie.

Na świąteczny dzień 24 czerwca 1943 r. wyznaczona została we dworze uroczystość domowa, mianowicie ślub córki Wańkowiczów Teresy z Iwonem Mierzejewskim. Przyjechał na nią z Warszawy syn Horodyńskiego Zbigniew, ojciec panny młodej senator Stanisław Wańkowicz oraz jej babka Elfrida Horwatt, a także matka pana młodego Barbara Mierzejewska. Młodej parze udzielił ślubu w kaplicy dworskiej proboszcz z Zaleszan ks. Jakub Przybyłowicz. W trakcie obiadu weselnego zajechał przed dwór na zwiady polowy samochód niemiecki wypełniony żołnierzami, przedefilował przed oknami i nie zatrzymując się zniknął w tym samym kierunku, z którego przyjechał. Po obiedzie państwo młodzi wraz z niektórymi gośćmi wyjechali do Sandomierza.

W ostatnim czasie atmosfera wokół majątku Horodyńskiego stawała się coraz bardziej niepokojąca. Chodziły pogłoski, że Niemcy mają objąć Zbydniów w swój zarząd. Zdenerwowanie właściciela wzrosło, kiedy po ślubie przyjechał z Zaleszan gospodarz proboszcza i powiedział mu, że jakiś żandarm niemiecki wysłał go po proboszcza i kazał przestrzec, by nie zostawał na noc u Horodyńskich.
Koło godziny 18 do dworu przyszło dwóch nieznanych mężczyzn i przedstawiwszy się jako partyzanci prosili Horodyńskiego, by poinformował ich o dyslokacji sił niemieckich w okolicy. Ten, obawiając się prowokacji, odprawił ich z niczym, jednak incydent ten wzmógł jeszcze jego niepokój.

Wieczorem część domowników i gości zasiadła do brydża, pozostali zaś udali się na spoczynek. Koło godziny 21 rozległo się głośne łomotanie do drzwi wejściowych, a równocześnie dwór został oświetlony reflektorami samochodów. Kowerska zeszła i otworzyła bramę. Wówczas wpadli do wnętrza esesmani z gotowymi do strzału automatami i zastrzelili ją. Na odgłos strzału zbiegł z piętra Horodyński i przedstawił się jako właściciel dworu. Nie dokończył nawet zdania, a już padł zabity. Spłoszone strzałami pokojowe usiłowały zbiec na piętro, by tam się schronić, jednak dowódca kompanii Ehlers, który znalazł się już we dworze, trafił je z broni palnej w nogi, a kiedy upadły na schody, zastrzelił. Gdy mieszkający na piętrze synowie Horodyńskiego Zbigniew i Andrzej zorientowali się, co się dzieje, wbiegli na strych i ukryli się w schowku na walizki. Elżbieta Meysztowiczówna, która udała się za nimi, zasypała wejście do schowka cebulą i zbiegła na dół. Tymczasem we dworze trwała noc grozy i mordu. Esesmani wpadali do poszczególnych pokojów i strzelali do obecnych tam osób. Kilka z nich zastrzelili w łóżkach.

Nie ma bezpośrednich świadków przebiegu całej akcji. Mamy o niej tylko wiadomości pośrednie, częściowo pochodzące od ocalałych synów Horodyńskiego, częściowo zaś od samych sprawców zbrodni, którzy potem opowiadali o niektórych momentach mieszkańcom Zaleszan, wreszcie z zachowanego raportu w tej sprawie, złożonego gubernatorowi dystryktu krakowskiego przez starostę dębickiego, któremu podlegał Zbydniów.

Oto, co na ten temat mówi gospodarz plebański w Zaleszanach Jan Nienajadło:
"W kuchni plebańskiej pracowały dwie dziewczyny. Przychodził do nich jeden z esesmanów imieniem Aza, znający język polski. Pewnego razu po mordzie w Zbydniowie przyniósł on ze sobą wódkę z dworu Horodyńskich i częstował mnie. Mówił, że pewnie źle zrobili mordując Horodyńskich. On też brał udział w tej akcji i opowiadał, że kiedy wpadł do pokoju, w którym mieszkała córka Horodyńskich, ta modliła się na klęczniku. Nie miał on sumienia strzelać do niej, natomiast za nim wszedł do pokoju komendant i zastrzelił ją, a następnie dwukrotnie ją kopnął. Jej matka najpierw została postrzelona w pokoju, a następnie wybiegła na korytarz i tam ją zabito".
Inny uczestnik mordu, który zabrał ze dworu - jak mówił, na pamiątkę - ozdobną poduszkę, opowiadał mieszkańcom Zbydniowa o śmierci Giecewiczowej i jej 12-letniego syna. Mieszkali oni w narożnym pokoju na parterze. Matka, chcąc ratować syna, schowała go za szafę, sama zaś oczekiwała wtargnięcia esesmanów do pokoju. Chorowała ona na serce. Przerażenie spowodowane napadem wywołało u niej nagły atak serca i zgon. Zbrodniarze znaleźli syna za szafą i zastrzelili.

Zostali zamordowani wszyscy, których esesmani zastali w pokojach. Sprawdziwszy liczbę łóżek i liczbę trupów przekonali się oni jednak, że nie wszyscy mieszkańcy zginęli. Wówczas z ustawionych w parku dworskim karabinów maszynowych gęsto ostrzelali strych licząc, że zginą ci, którzy się tam ewentualnie ukryli. Został wówczas ranny Andrzej Horodyński. Potem sprawcy rzezi rozpoczęli pijatykę. Wyciągnęli przygotowane w związku z weselem Wańkowiczówny trunki i jadło. Odgłosy wesołej zabawy dochodziły do uszu ukrytych na strychu synów Horodyńskiego.

Kiedy się rozwidniło, esesmani przystąpili do pochowania zwłok. Karbowy Jan Idec opowiada, że koło godziny 7 przyszło do niego sześciu Niemców ubranych w czarne mundury, bez czapek, i zażądało dziesięciu łopat oraz platformy konnej, która znajdowała się w wozowni.

Posłuchajmy jeszcze wspomnienia Józefa Oleksowicza, który we dworze pełnił obowiązki stangreta i mieszkał obok:
"Rano, kiedy się już rozwidniło, wyszedłem do pracy. Dokoła dworu stały posterunki Niemców w czarnych mundurach. Koło żywopłotu, niedaleko gazonu, inni esesmani kopali duży dół. Poszedłem do stojącej obok dworu letniej kuchni, wszedłem do jednego z pokoików znajdujących się na poddaszu i stamtąd obserwowałem, co się dokoła dzieje. Zobaczyłem, że głównym wejściem hitlerowcy wynosili ze dworu zwłoki pomordowanych, wśród których rozpoznałem zwłoki właściciela. Bocznymi drzwiami od strony kancelarii dwóch Niemców ciągnęło za nogi zwłoki kucharki Nazarewycz. Jej głowa podskakiwała na schodach, odbijając się jak piłka. W oknie nad kancelarią leżały na parapecie zwłoki leśniczego Jeśmiana, który prawdopodobnie chciał wyskoczyć z pokoju i w tej pozycji został zastrzelony. W pewnym momencie Niemcy przyprowadzili pod ścianę mieszkającą obok dworu gospodynię Władysławę Krawczyk i chcieli ją zastrzelić, ale wyprosiła u nich życie i uciekła w pole. Zrobiło mi się słabo i położyłem się na łóżku. Po chwili usłyszałem, że Niemcy weszli do letniej kuchni i myli ręce prawdopodobnie z krwi. Gdy wyszli, i ja opuściłem kuchnię i odszedłem do stajni".
Wyciągnięte ze dworu zwłoki esesmani złożyli na przywiezioną z wozowni platformę, zawieźli nad wykopany grób i wrzucili je do niego. Tymczasem koło dworu zrobił się ruch. Znaleziono jeszcze dwoje jego mieszkańców Meysztowiczównę i Zboronia. Korzystając z ciemności ukryli się oni w gęstych gałęziach dzikiego wina oplatających ścianę dworu. Kiedy się rozwidniło, zostali wykryci. Zaprowadzono ich oboje nad otwarty jeszcze zbiorowy grób i tam zastrzelono. Na tym zakończyła się masakra we dworze.

Na polecenie komendanta oddziału SS, który dokonał zbrodni, jeden z żołnierzy udał się do sołtysa w Zbydniowie, by ten wyznaczył trzy kobiety ze wsi do posprzątania dworu. Jedną z wyznaczonych była Antonina Serwatka.

"Przyszłyśmy - opowiada - do dworu o godzinie 10. Koło niego było chyba 10 hitlerowców. Jeden z nich zaprowadził nas do wnętrza budynku. W korytarzu i na schodach prowadzących na piętro była krew. Również jeden z pokojów na parterze był cały nią zalany. Najpierw kazano nam znosić do jednego z pokoi dworską pościel, ubrania i papiery. Uzbierałyśmy ich cały pokój prawie do powały. Przy tej okazji chodziłyśmy po wszystkich pokojach. W dwóch - od strony zachodniej - od okien do drzwi prowadziły po dwa pasy krwi, jak chodniki. Wyglądało to tak, jakby ich mieszkańcy zostali zastrzeleni przy oknach, a następnie ciągnięci po podłodze ku drzwiom. Przez trzy dni pracowałyśmy od godziny 8 do 15, a potem wracałyśmy do domu".
Tymczasem wcześnie rano po straszliwej nocy zjawił się w Zbydniowie Fuldner. Objął dwór w posiadanie, w porozumieniu z esesmanami zwołał zaraz odprawę pracowników administracyjnych i służby i wydał im polecenie wykonywania dotychczasowych zajęć. Wnet przyjechał do dworu samochód ciężarowy, na który załadowano upragniony serwis i inne wartościowe przedmioty i wywieziono do Charzewic. Podzielono również konie Horodyńskich - trzy zabrał Fuldner, a dwa oddano zarządcy dworu w Zaleszanach.

Esesmani uroczyście obchodzili swój wyczyn.

"Pewnego dnia po przyjeździe oddziału SS do Zaleszan - wspomina mieszkaniec tej wsi Bolesław Zając - przyszedł do mnie rano jeden z żołnierzy imieniem Johann, zażądał balii, ławki i szczotki i czyścił wodą swój mundur. Był on cały pokrwawiony, a szczególnie spodnie. Na kolanach miał ogromne krwawe plamy. Po chwili dowiedziałem się od sąsiadów, że w nocy wymordowani zostali wszyscy mieszkańcy dworu w Zbydniowie. Wieczorem tego dnia ów esesman zaprosił do naszego domu trzech kolegów i urządził dla nich przyjęcie. Złapał na pastwisku gromadzkim trzy, będące prywatną własnością gęsi, zabił je i ugotował. Esesmani przynieśli ze sobą wódkę, którą pili. W czasie przyjęcia Johann zażądał od nas konfitur i cukru. Oświadczyliśmy, że konfitur nie posiadamy. Wówczas wspomniał, że Horodyńscy mieli konfitury. Zabrał nam resztę cukru, który mieliśmy dla dziecka, i nie zapłacił za niego.

Któregoś z następnych dni przyszedł do nas inny, 18-letni esesman i opowiadał, że ich oddział robił jakąś pacyfikację za Sanem koło Antoniowa, gdzie spalił całą wieś, mordował dzieci i wrzucał je do ognia. Zjawił się wówczas Johann, coś do niego powiedział i ten odszedł".
Uratowani od śmierci synowie Horodyńskiego po wyjeździe Niemców ze dworu zbiegli potajemnie do leśniczego w sąsiedniej wsi Kotowej Woli, a potem do znajomych, gdzie tymczasem ukryła się Mierzejewska, ostrzeżona o grożącym jej niebezpieczeństwie. Opowiedzieli młodej kobiecie, co przeżyli po jej wyjeździe ze dworu. Później wyjechali do Warszawy i tam włączyli się do walki z okupantem. Esesmani, którzy dokonali mordu, pamiętali, że nie wszyscy jego mieszkańcy zostali zastrzeleni, wszczęli więc poszukiwania zbiegów. Doszło do ich wiadomości, dokąd ci uciekli, wobec czego przeprowadzili w Kotowej Woli obławę, w trakcie której przetrząsnęli wszystkie domy. Trzy osoby, które usiłowały zbiec, zastrzelili.

Mord dokonany w Zbydniowie, w którym straciło życie 19 osób, w tym 13 kobiet i 2 dzieci, był nawet w tych czasach gwałtu i przemocy zbyt przerażający, by nie wzbudzić oburzenia także u niektórych jego wykonawców. Opowiada kierownik szkoły w Zaleszanach Józef Marszałowicz:

"Kilka dni po morderstwie potajemnie rozmawiał ze mną po polsku jeden z esesmanów kwaterujący w klasie szkolnej i opowiadał, że był w Zbydniowie w czasie wymordowania mieszkańców dworu i że była to straszna groza. On bezpośredniego udziału w mordowaniu nie brał, a tylko zrzucał wraz z innymi zwłoki zastrzelonych z piętra na platformę stojącą pod dworem. Płakał i mówił, że nienawidzi służby, którą pełni, wskazywał przy tym na trupią czaszkę na czapce. Bliższych szczegółów nie mogłem się dowiedzieć, gdyż w tym momencie wszedł do kuchni, gdzie rozmawialiśmy, inny żołnierz SS".
Jak się później okazało, dwóch czy trzech żołnierzy oddziału, który dokonał zbrodni, zdezerterowało z niego. W sąsiedniej wsi przebrali się w cywilne ubrania i ukryli się. Gestapo poszukiwało ich, przy czym starało się dociec, kto dostarczył im ubrań.

Mord w Zbydniowie stał się przyczyną burzy w kręgu władz niemieckich i powodem ostrej rozgrywki między SS i policją a administracją cywilną dystryktu krakowskiego. Zbydniów należał do niemieckiego powiatu dębickiego. Obowiązki starosty pełnił w tym czasie zastępczo dr Jerzy Osieka, wywodzący się ze zniemczonej polskiej rodziny ze Sląska i sprzyjający Polakom. Wiadomość o mordzie doszła do niego już następnego dnia. Wstrząśnięty, udał się 26 czerwca 1943 r. do szefa urzędu gubernatora dystryktu krakowskiego Eisenlohra, któremu przedłożył pisemny meldunek. Widnieje na nim późniejsza odręczna notatka oberverwaltungsrata Weyraucha z rządu Generalnego Gubernatorstwa:
"Niewiarygodne świństwo! Jeżeli sprawcy nie zostaną ukarani, możemy się dać w ogóle pogrzebać". Już po południu tego dnia odbyła się u dowódcy SS i policji dystryktu krakowskiego SS-Oberführera Juliana Schernera konferencja. Prócz Schernera i Osieki wzięli w niej udział także inni dostojnicy niemieccy, wśród nich komendant policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa dystryktu krakowskiego dr Grosskopf. Ustalono na niej, że zostanie przeprowadzone w tej sprawie komisyjne dochodzenie z udziałem szefa gestapo w Rzeszowie Macka. Nazajutrz odbyło się w Tarnobrzegu pierwsze posiedzenie tej komisji z udziałem M. Grosskopfa, Osieki, landkomisarza tarnobrzeskiego Morkego, sprawcy mordu Ehlersa oraz innych. Na posiedzeniu Ehlers meldował niezgodnie z prawdą, że ze dworu Horodyńskiego strzelano do szperaczy niemieckich, wskutek czego mieszkańcy musieli ponieść śmierć. Gdy przedstawiciele SS i policji zajęli stronnicze stanowisko, ochraniając sprawców zbrodni, Osieka opuścił posiedzenie. W wyniku konferencji oddział Ehlersa wycofano bezzwłocznie z Zaleszan. Po upływie dwóch tygodni wrócił on tam jednak. Dochodzenie toczyło się długo. 4 1ipca 1943 r. do rządu Generalnego Gubernatorstwa wpłynęło w tej sprawie także doniesienie od prezesa Rady Głównej Opiekuńczej Adama Ronikiera, a przewodnicząca Komitetu Pomocy Społecznej w Dębicy Helena Jabłonowska prosiła o zezwolenie na godne pochowanie zwłok ofiar na cmentarzu.

Ehlers w rozmowach z Osieką składał coraz to nowe wykrętne tłumaczenia, w końcu przyznał się, że do zastrzelenia mieszkańców dworu w Zbydniowie nakłonił go Fuldner, który przedstawił Horodyńskiego w bardzo złym świetle. W toku dochodzeń gubernator dystryktu krakowskiego Losacker stanął na stanowisku, że mieszkańcy dworu zostali zastrzeleni bezprawnie i pozostały po nich majątek nie może być przejęty przez Generalne Gubernatorstwo, a winni go odziedziczyć spadkobiercy. Zabrane przez Fuldnera rzeczy kazał zwrócić.

Mimo to rozgrywka między administracją a SS i policją zakończyła się zwycięstwem tych ostatnich. Przełożony Grosskopfa, dowódca policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa w Generalnym Gubernatorstwie, Walter Bierkamp, który też interesował się tą sprawą, zawiadomił Osiekę, że Ehlers miał podstawę oprzeć się na opinii Fuldnera. Koło się zamknęło. Bierkamp dodał, że zezwolenie na pogrzebanie zamordowanych na cmentarzu nie może być wydane, gdyż nic nie powinno wywoływać wrażenia, że mieszkańcy dworu w Zbydniowie zostali zastrzeleni bezprawnie.

Organizacja podziemna, do której należeli synowie Horodyńskiego, postanowiła pomścić śmierć zamordowanych i w październiku 1943 r. dokonała na Fuldnera zamachu, w wyniku którego zginął.

Uratowani z masakry w Zbydniowie synowie Horodyńskiego nie ustawali w walce z hitlerowcami. Brali udział w różnych akcjach zbrojnych w Warszawie, organizowanych przez Armię Krajową. Niestety, nie było im pisane dożyć klęski wroga. Zginęli bohaterską śmiercią. 17 lipca 1944 r., w czasie akcji ubezpieczającej zamierzone odbicie więźniów z Pawiaka, znajdowali się ze swym oddziałem na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Akcja została odwołana, ale nie zdążono powiadomić o tym ich oddziału. Został wykryty i otoczony. Andrzej został zabity w czasie walki, Zbigniew zaś, raniony, zginął na Pawiaku.


Źródła i materiały:

Akta GKBZH, Zh VII/15/82/71
Akta OKBZH w Rzeszowie, II Ds 61/70
Bartoszewski Władysław, Tragiczna noc "Osjana" na cmentarzu Powązkowskim, "Stolica", nr 30 z 27 VII 1958 r.
Kucharski Tadeusz, Polska, moja miłość, "Gazeta Sądowa i Penitencjarna", nr 11 z 1 VI 1971 r.


 Ustaw jako stronę startową   Kontakt z autorami strony Książka Gości| Album zdjęć| Spis stron StrzałkaPowrót